Nie ma to jak przejechać 600 km po czarnej drodze, po czym zakopać się przed własną osobistą bramą, nes pa?
Przydałby się na taka pogodę jakiś duży samochód z napędem na cztery koła.
Ależ chwileczkę. Chyba nawet mamy taki samochód, tylko że… W warsztacie! Hej! Od dwóch tygodni!
(Już naprawdę nie wiem, jak z nią rozmawiać. Napluć do baku czy kupić nowe… NOWE CO? BO JUŻ WSZYSTKO MA NOWE!!!!...)
Widzieliśmy po drodze tyle saren, ale to TYLE saren, które biedne, głodne, wyszły na pola szukac jedzenia, że to az nieprawdopodobne. Nie widziałam dotychczas STADA saren. Dwie, trzy, cztery to już był ewenement. A tu – STADA, całe stada na polach, biedactwa. Natomiast jakos nie widziałam zadnego ekologa, który by je przyjechał nakarmić. W sumie sarny zazwyczaj nie biegają z portfelami, więc co to za interes. Lepiej się przykuć w obronie ślimaka białouchego w bogatej gminie, albo stanąc w kolejce po szmal z emisji CO2.
W Świnoujściu tradycyjnie pojechaliśmy na zakupy do Niemca. To jest strasznie fajne, że my jeździmy do nich na zakupy, a oni do nas, i obie strony uważają, że zrobiły świetny interes. Aż trudno sobie wyobrazić, że kiedys tak NIE BYŁO. I żeby kupić sobie mrożone precle, jogurt rabarbarowy, sałatkę kartoflaną albo te fajne kwaśne napoje Linee, musiałabym stac w kolejce na granicy czy przechodzić rewizje osobistą. No i mieć paszport (Chryste Panie, musze złożyć wniosek paszportowy).
No i u Niemca mieli coś bardzo fajnego: wydrążonego kokonuta, ściętego z trzech stron, tak, że ma trzy okrągłe okienka, wypełnionego tłuszczem zmieszanym z ziarnkami. Kupiłam naszym sikorkom takiego, niech się wypowiedzą, czy podoba im się taka forma konsumpcji. Jak zjedzą, to można tam napchać nowa porcję, natomiast w zyciu by mi się nie chciało piłować kokonuta.
Na razie (informacja z wczoraj) nie chcą tego jeść. To ja im wprowadzam powiew egzotyki w ich monotonne życie, a one co? Tylko słonecznik i słonecznik! Zadnej wdzięczności, naprawdę. Już ja was przegłodzę, wy małe pierzaste dranie.
N. dzis rano wpadł w nastrój filozoficzny i wspominał pewne PRL-owskie zjawisko, mianowicie kartkę „Przyjęcie towaru”. Bardzo to było osobliwe, bo kartka wisiała na drzwiach sklepu czasem i cały dzień, a towaru jakoś przez to nie przybywało. Następnie wraz z transformacją systemową, kartka zniknęła.
Za oknem facet odśnieża dach kościoła.
Proszę mi nie pisac w komentarzach, jak ktos lubi zimę. Lubcie sobie, ale nie piszcie tego na głos, bo naprawdę jeszcze ze dwa – trzy dni i wybuchnę. Na tyle oceniam mój zawór bezpieczeństwa.






