Z ŻYCIA SNOBKI
Jestem, jako się wielokrotnie rzekło (w komentarzach), snobką, a tu wysiadł mi piec w nocy.
ZNIENACKA.
One tak lubią. Zapytajcie Hanki.
Tak niby nic, nanananana, ja tu stoję, nie przejmujcie się, pracuję, mam świezy olej... i nagle FAJT!
Nie działa.
I udaje, że w ogóle nie wie, o co nam chodzi, kiedy włączamy i wyłączamy wszystkie jego przyciski po kolei, resetujemy go, kopiemy i obrzucamy plugawymi słowy.
Jak nic doszedł do wniosku, że ON JUŻ NIE JEST PIECEM! JEST KWIATEM LOTOSU! Przeszedł PRZEMIANĘ DUCHOWĄ i wyemigrował wewnętrznie! Poza tym, on tak naprawdę nigdy nie chciał być piecem... Został piecem, bo matka mu powiedziała, że to pewna posada i nie zabraknie mu oleju... A on zawsze chciał być np. rzeźbą Abakanowicz albo nie wiem... przęsłem mostu nad przepaścią... Już jako ruda był romantyczny, a jego spust surówki z pieca miał najpiękniejsze kolory...
O czym to ja?...
Aha. Że stygnę.
No stygnę. Ciepło mi się ulatnia z chałupy powolutku... Gdyby to był film katastroficzny, to tu właśnie następowałyby zbliżenia na zegar, na wskaźnik temperatury i na bohaterkę dramatu, spowitą w coraz to więcej warstw odzieży.
WIĘC
PODJĘŁAM DECYZJĘ.
JEDZIEMY DO WROCŁAWIA!
Tam musi być jakaś cywilizacja!
PS. Przyszedł mój ojciec... Ma w ręku długi metalowy drąg... KŁI KŁI KŁI... CZŁOWIEK KONTRA PIEC! Kogo obstawiamy?





